Msza codzienna – dzień 5

DK2 – Środa – dzień 5 – 1.07.2015r. „Msza codzienna”

Z rana oczy się otwiera,

Jeden beka, drugi ziewa.

Patrzę w okno i nie wierzę,

Niech ktoś stąd mnie dziś zabierze.

Andrzej wzór i przykład męża,

Zaiwania tropem węża.

Po śniadaniu wszyscy zwarci,

Dzisiaj żarciem nikt nie gardzi.

Jednak choćby słońce zgasło,

Wojtusiowi odda masło.

Stop. Ruszamy. Świeci słońce,

Każda łajba ma dwa końce.

Bartek wsiada, skok Fortuny,

Szybko łapie się za cumy.

Jednak ostro wicher wieje,

Bartuś coraz bardziej chwieje.

Jeszcze w tył, za siebie luka,

Podcięła go wanta suka.

No i jak długi się wali,

Ledwo keji nie rozwali.

Bartek wstaje: wszystko gra!

Taki był początek dnia.

 

Podchodzimy, parkujemy,

Wieje ostro, nic nie jemy,

Wszyscy mają pełno w portkach

Wtem dziobowy: Widzę Wojtka!

 I choć wszyscy są posrani,

Nie będziemy oblewani!

Pewnie wydrze nam to blizne,

Odbijamy na mielizne.

Będą zjeby, nie ma bata!

Są pagaje, żadna strata.

Lepiej w gacie zwalić kupę,

Niż topenantą dostać w dupę!

Wyobraźnia nas poniosła,

Szkoda tylko, że na wiosłach.

Ten nasz skład, jest tak dotarty,

Jak do brydża w talii karty.

Komu przyszłoby do głowy,

By na maszt właził cumowy.

Łukasz, jak ten Żbik kapitan,

Wszystkich w porcie nas tu wita.

Jak w masełko wchodzi w keję,

Wiatr 5 stopni, mocno wieje.

Odległości chyba stykło,

Chyba jadę ciut za szybko.

Nikt nie powie, że się pieszczę,

Na jajeczko się tu zmieszczę.

Wojtek wstaje, okulary bierze,

Myśli: kurwa! Ja nie wierzę!

Z fotela się ostro zrywa,

Na regatach tak nie bywa,

Leci zjeba już z daleka,

Niczym rzeka pełna mleka,

Każdy łeb po sobie kuli,

Znowu manewr nam zepsuli,

I manewry przez dzień cały,

Aż nam jaja posiwiały,

Jeszcze tylko jedna stacja,

Msza codzienna i kolacja,

Andrzej od kurw dziś nie stroni,

Kurwa z kurwą, kurwę goni,

I tak skończył się ten dzień,

Jeden z lepszych, właśnie TEN

Autor: Adam Seta